sobota, 21 września 2013

DOŻYNKI – PLONY



Źródło – radio „Slobodný vysielač” audycja z dnia 10.09.2013 – rozmawiają Žiarislav Miroslav Švický i Boris Koróni.

UWAGA: Są to spore, ale jednak tylko fragmenty audycji! Całość do odsłuchania pod linkiem: http://archive.slobodnyvysielac.sk/2013-09-10_16-16_rodna-cesta-dozinky.mp3

Zaznaczam, że czasem, dla przejrzystości tekstu, kilka zdań skleiłam w jedno. Jednakże tłumaczenie wypowiedzi  bezpośrednio związanych z tematem rozmowy jest bardzo dokładne. 

***



(Do około 13 minuty – odczytywanie listów od słuchaczy – pomijamy.)

Boris: Naszym dzisiejszym tematem są Dożynki – Plony, czyli święta celebrowane po zakończeniu żniw. Szukałem w Internecie jakichś informacji na ten temat i zainteresowała mnie pewna sprawa, a mianowicie nazwa – raz pojawiała się nazwa „Dożynki” a raz „Obżynki”… Czy to są tylko dwie nazwy tego samego, czy jest tu jakaś znaczna różnica?

Žiarislav: To mogą być dwa określenia tego samego.

Boris: Dobrze. Chciałem sobie to jakoś uporządkować. Także „Dożynki” i „Obżynki” to jedno. Następna sprawa: skąd pochodzi to święto, gdzie są jego korzenie, skąd do nas przyszło?

Žiarislav: (śmieje się, następnie z powagą) Dożynki pochodzą całkowicie jednoznacznie z Przyrody. (znowu się śmieje)

Boris: No ale jak to? Z Przyrody pochodzą Słowianie i Anglosasi i teraz pytanie jest, czy to przyszło do nas od nich, czy może rozwinęło się tu, na naszych ziemiach…

Žiarislav: Wszystkie narody wyznające Wiarę Przyrody charakteryzuje jedna ważna wspólna rzecz: PRAWO WZAJEMNEGO ODDZIAŁYWANIA – co znaczy, że: ja oddziałuję na Przyrodę a Przyroda oddziałuje na mnie. Obojętnie, czy tę Przyrodę nazwiemy imionami bóstw, albo czy nazwiemy ją „siłami”, czy jeszcze jakoś inaczej; ona oddziałuje na mnie a ja na nią. Świadomość tego prawa ma wielkie znaczenie w momencie, kiedy biorę dary z Przyrody… (zwracając się do Borisa) A umiesz sobie wyobrazić kogoś, kto nie bierze darów z Przyrody? 

Boris: No, ciężko sobie to wyobrazić…

Žiarislav: Nawet ktoś żyjący w Matriksie, w sztuczności... On po prostu nie uświadamia sobie, że stale jest częścią Przyrody. Człowiek świadomy (wedomiec) - nie jest bardziej dzieckiem Przyrody od tego, który jest nieświadomy (niewedomca), ale on sobie to właśnie uświadamia! Przecież nawet, gdy ktoś dostaje z Matriksu jakieś tam jedynki i zera, czyli pieniądze, i za nie sobie coś kupi, to już to coś, co sobie kupi, pochodzi z Przyrody! A to coś, to jest živa (żywia=prana); to nie są jedynki i zera, to nie są pieniądze, to jest żywia! Społeczeństwo pomogło mu w tym, żeby dostał pomarańczę albo chleb, masło albo ser, tyle, że sztuczny system nie może ci po prostu powiedzieć: „chodź, weź sobie jedzenie!” ponieważ oparty jest na prawach rynku. A więc musi ci powiedzieć tak: „dostałeś jedynki i zera, masz kartę, idź teraz tam a tam, weź towar, zapłać tą kartą i idź precz.” Także strasznieśmy sobie to wszystko pokomplikowali; strasznie okrężna jest ta droga pomiędzy człowiekiem a darami ziemi. Niektórym ludziom szarpie to nerwy… Natomiast społeczność związana z Przyrodą zawsze uświadamia sobie, że: „no tak, wziąłem coś z Przyrody”; na przykład orzechy z lasu… 



Žiarislav: Kiedy otworzysz sobie jakąś książkę, dam tutaj przykład – encyklopedię kultury ludowej Słowian, to znajdziesz tam sformułowania w stylu: ówcześni ludzie nie rozumieli zjawisk w przyrodzie, nie rozumieli, że coś zdobyli własną pracą i dlatego właśnie na Dożynki składali hołd i ofiary jakimś tam bożkom, których sobie wymyślili…

Boris: Acha, czyli że to był niby przejaw ich niewiedzy?

Žiarislav: Dokładnie. A było wręcz odwrotnie – było to przejawem głębokiego zrozumienia. Przejawem Wiedzy-Wiedy.  ONI WIEDZIELI, ŻE TE DARY MAJĄ Z PRZYRODY I DZIĘKOWALI JEJ. A że każda kultura posługiwała się innymi nazwami, tak jedni dziękowali Świętowitowi, inni Bogu (co jest dokładnie tym samym), a jeszcze inni w późniejszych czasach jakiemuś świętemu Urbanowi, który zastąpił rodzimą świętość/bóstwo. Ale wszyscy dziękowali. Wszyscy – zarówno chrześcijanie jak i ci, których nazywali poganami – wszyscy byli świadomi; uświadamiali sobie, że coś zabrali. A na koniec, kiedy już zebrali tego wszystkiego dość dużo, robili święto. To święto, Dożynki, jest podziękowaniem. Z tym, że dziękowano nie tylko wtedy. (Tu zapewne Žiarislav chciał dopowiedzieć, że dziękuje się zawsze, każdego dnia, za każdym razem, kiedy coś nam Przyroda daje. Wypowiedź przerwał dociekliwy Boris)



Boris: Poczekaj. Z tego co mówisz, Dożynki obchodzono w różnych kulturach, różnych narodach Wiary Przyrodzonej. Czyli nie możemy powiedzieć, że jest to typowo słowiański zwyczaj?

Žiarislav: Możemy. Skoro oznaczamy je słowiańską nazwą „Dożynki”. Nazwa ta ma słowiański  korzeń: „żąć”, co z kolei związane jest ze słowem „żyto”, a „żyto” ze słowem „żyć”...  My, naród rolniczy oznaczyliśmy mianem „ŻYTO” tę tak dla nas ważną jadalną roślinę – pożywię – żywność. Gdzie indziej mają kukurydzę, ale my mamy żyto, a co za tym idzie – Dożynki. A więc Dożynki to w rzeczy samej prawdziwie słowiański zwyczaj, ponieważ wiąże się z troszkę innymi rytuałami niż w innych regionach, na przykład nieco inaczej obchodzą Amerykanie przejęte od Indian Święto Dziękczynienia. 

Boris: Reasumując – Dożynki to zwyczaj słowiański, ale podobnie dziękowały za urodzaj również inne kultury. 



Žiarislav: Jest jeszcze taka sprawa, że jak jakiś fantasta chwyci książkę i w niej odkryje, że zwyczaj taki mieli i Niemcy i Słowacy, automatycznie przyjdzie mu do głowy, że Słowianie zapożyczyli go od Germanów. Chce koniecznie wskazywać, kto od kogo i co wziął. A przecież najważniejsze, żeby zrozumieć, że jako takie, święto to ma pochodzenie boskie – a więc przyrodzone – w każdej kulturze. Z tym, że kultura, w której jest więcej szacunku, bardziej to czci, a w kulturze pozbawionej szacunku, Dożynek w ogóle się nie obchodzi. 



Boris: Kolejna sprawa. Dożynki są świętem przedchrześcijańskim. Wiadomo, że cerkiew miała tendencje, żeby przedchrześcijańskie zwyczaje w różny sposób tłumić, wypierać, ewentualnie przemianowywać, wchłaniać w siebie…  Jak więc cerkiew zapatrywała/zapatruje się na świętowanie dożynek, na te wszystkie zwyczaje? Miała z tym problem czy nie? 

Žiarislav: Miała i nie miała. (śmiech) W zależności od tego, czy obrzędowy kołacz poświęcano świętemu Witowi czy Świętowitowi.  Dopóki coś było dla niej nieszkodliwe, nie miała z tym problemu. Tyle, że cerkiew wyznawała zasadę: „co nie jest z nami, jest przeciwko nam”; skutkiem czego większość rzeczy uznawała za szkodliwe i miała z tym kłopot. Dlatego zmieniła funkcję tych obrzędów – tak, aby nie służyły już one czci tych rodzimych, przyrodzonych świętości, a żeby stały się obchodami na przykład dni świętego Urbana (patron ogrodników, rolników, dobrych urodzajów). Cerkiew, jako że nie miała panteonu, którym by mogła zastąpić nasz rodzimy, wynalazła cały szereg świętych. I ci święci (dajmy na to – Barbara dla górników albo Urban dla właścicieli winnic i rolników) zastąpili właśnie te rodzime bóstwa, którym Słowianie składali żertwę lub inne dary. Ale nawet kiedy człowiek składał już dary temu Urbanowi - to wciąż chodziło o to samo – o oddawanie czci. Tak więc istota tego święta została zachowana. Jednakże my jako ludzie świadomi, powinniśmy dokładnie zdawać sobie sprawę z tego, że źródło tego święta jest nasze – rodzime, przyrodzone. 




Boris: Porozmawiajmy teraz o tym, jak te Dożynki u Słowian wyglądały.

Žiarislav: Nieco o tym możemy przeczytać u Saxo Gramatyka. Ten, pisząc o Słowianach połabskich, opisał obrzęd dożynkowy. Jednym z jego elementów było wystąpienie żercy przed pozostałymi zebranymi. Żerca chował się za ogromnym miodowym kołaczem i zza niego pytał zgromadzonych: „Widzicie mnie?” Jakby się nie ukrył, zawsze z którejś strony można go było zobaczyć, więc po chwili zaczynały odzywać się głosy: „Tak, widzimy!” Wtedy on odpowiadał „Za rok, niech kołacz będzie tak wielki, żebyście mnie nie widzieli!” Należy to odczytywać jako dobre życzenie, jako gospodarską magię. Co ciekawe, te starosłowiańskie zwyczaje żywe były na terenie Słowacji jeszcze w XX wieku! Znalazłem kiedyś w książce (to chyba była jakaś książka kucharska o słowackich potrawach) opis takiego zwyczaju: podczas świąt Bożego Narodzenia a więc na Szczodre Gody, w czas przesilenia zimowego – gospodyni ukrywała się za misą pełną kołaczy i pytała członków rodziny: „Widzicie mnie spoza tej misy kołaczy?” A kiedy potwierdzili że widzą, ona życzyła im i sobie, żeby w przyszłym roku kołaczy było tyle, żeby jej zza nich widać nie było. To jest więc dokładnie ten sam rytuał!

Boris: Ale ty teraz mówisz o początkach tych obrzędów, tak? (Boris wraca do opisu obrzędu opisanego przez Saxo Gramatyka)

Žiarislav: Mówię o tym, co zostało zarejestrowane – potwierdzone – w kronice. Sam obrzęd jest starszy, może mieć i pięć tysięcy lat; w średniowieczu został po prostu opisany, dzięki czemu mamy świadectwo tych praktyk. (wracając do samego obrzędu) Jest to swojego rodzaju żart, ale żart też był przecież częścią składową obrzędu. 

Žiarislav: Bardzo ważną rolę odgrywały zżęte z pola płody, które były wypieczone w chlebie albo w kołaczu. Przy czym zawsze mówimy tutaj o okrągłych wypiekach, samo słowo „kołacz” pochodzi od słowa „koło”. W cukierni masz klockacz – to nie jest kołacz. Normalny kołacz jest… kołowy.

Boris: (śmiech)

Žiarislav: A ten okrąg, to koło – coś symbolizuje. Dożynki nie były bowiem świętem jednego czasu. Widać tu całe holistyczne gospodarskie pojmowanie-świadomość ludzi. Już tłumaczę o co chodzi. Masz na przykład przesilenie zimowe – godowe święto. Zimowe przesilenie ma cztery obrzędy, a jednym z nich jest oseň [ja bym to przetłumaczyła jako „osiew” – J.K.] Obradnicy [zachowałam w tłumaczeniu to słowo, ale uwaga! – należy je łączyć nie z obradami, n.p. rządu, ale ze sprawującymi obrzęd! – J.K.] chodzili od domu do domu i, rozsiewając ziarno, życzyli ludziom, żeby na polu i w przydomowych zagrodach był urodzaj. Wiosną z kolei chodził turoń, z maską capa, byka albo innego wielkiego samca, który „opładniał” – to pole, nawóz albo coś jeszcze innego. [znów magia: jeszcze przed zasiewem, przed przyjęciem ziarna przez ziemię, zostaje ona zapłodniona jakby samą mocą płodzenia – J.K.] Potem znów przychodzi przesilenie letnie, podczas którego dziewczęta noszą na włosach wieńce z wszelkich możliwych kwiatków, co miało wywołać deszcz, żeby zboże dojrzało. I potem – w tym całym Kole Roku – przychodzi czas żniw. Najpierw kosi się trawę a potem – w środku lata – zboża. Pszenicę się kosi, kiedy pełne ziaren kłosy się skłonią. Kiedyś kosiło się kosami. A te kosy ludzie mieli w zwyczaju ozdabiać. Ludzie w ogóle zdobili wszystkie gospodarskie narzędzia. I właśnie wtedy były Dożynki, które teraz przeskoczymy. Następnie przychodził czas, by zebrać w ogrodach pozostałe płody. Na koniec, kiedy już masz wszystko, gdy jabłka, owoce, ziemniaki są pozbierane, przychodzi Święto Ponów. OZNACZA TO, ŻE DOŻYNKI I PLONY SĄ TYM SAMYM OBRZĘDEM CHWAŁY I SŁAWIENIA DARÓW PRZYRODY, TYLE ŻE ROZCIĄGNIĘTYM W CZASIE. Zwyczajnie nie jesteś w stanie [zaczynając od Dożynek – J.K.] świętować tak długo, czekając aż ci wszystko dojrzeje; poza tym czeka cię w tym czasie jeszcze masa pracy. Plony i związane z nimi targi przypadają już jesienią w czas bliski równonocy. To zaczyna się właśnie teraz. [rozmowa z 10 września – przyp. J.K.] A potem są jeszcze Pasterskie Gody – kiedy na pastwiskach nie ma już trawy, kiedy zwierzętom trzeba dawać do jedzenia siano, na dzień Mitry (staroeuropejskiego, staroirańskiego, czy jak wolisz staroaryjskiego, w każdym razie rodzimego europejskiego boga, który to dzień dzisiaj znamy jako dzień św. Dymitra [8 listopada – J.K.]).Wtedy właśnie są jeszcze te Pasterskie Gody – gospodarze przynoszą ser a obradnicy (żercy) poświęcają bogom oscypki i inne dary. Dopiero wówczas wszystko ucicha – przychodzi czas, kiedy Przyroda zapada w sen a ludzie koncentrują się na duchowej sile, aby przygotować się na przesilenie zimowe. I to właśnie jest rok – to jest krąg, koło, spirala, niekończący się system obrzędów, z których żaden nie jest oddzielony od pozostałych, wszystkie do siebie nawiązują.


 
Boris: Poczekaj. Powiedz mi, żebym się w tym wszystkim nie pogubił: Dożynki świętuje się w tym właśnie czasie? [10 wrzesień – przyp. J.K.]

Žiarislav: Nie – Dożynki już były, bo zobacz, wszędzie zboże jest już zżęte. 

Boris: Czyli że to się działo w trakcie żniw?

Žiarislav: Tak. 

Boris: Bo ja myślałem, że kiedy zboża są już zżęte, że dopiero wtedy są Dożynki…

Žiarislav: Bezpośrednio po zżęciu. Także Dożynki były, a teraz zaczynają się Plony. Połączyliśmy rozmowę o tych „dwóch” świętach, żeby była osadzona pomiędzy nimi, dajmy na to – w środku. 



Boris: Wrócę teraz do maila, który nam napisał Jaro, który by się chciał dowiedzieć, jak konkretnie wyglądał obrzęd dożynkowy. Ty już mówiłeś trochę o tym miodowym kołaczu i pytaniu „czy mnie widzicie?”. Ale co z pozostałymi rytuałami?  

Žiarislav: Na stare obrzędy możemy patrzeć na dwa sposoby: możemy szukać w książkach, ktoś pewnie w Internecie, chociaż tam też w większości jest tylko to, co było w książkach, albo możemy inaczej. Ale tak czy tak, oczywiście podstawą obrzędu jest oddanie czci. Człowiek patrzył na wszystkie te płody rolne i oczywiście wiedział, że ich istnienie zawdzięcza własnej pracy, ale widział w tym również działanie pewnych sił, które powodują, że to zboże może dojrzewać: ma w tym swój udział słońce, wiatr…  Kiedy przyjrzymy się świętom, związanym z przesileniem zimowym, tam też podstawą było zwrócenie uwagi na konkretne zjawisko w Przyrodzie – w tym przypadku na górowanie słońca [Światło znowu górą nad Ciemnościami – J.K.]. W przypadku Dożynek jest to jakby… górowanie zboża. Kiedy zboże dojrzeje, wtedy je ludzie zeżną. A kiedy zeżną, tak ostatnie – albo pierwsze – zżęte kłosy dadzą na upieczenie obrzędowego kołacza. Kołacz, tak jak już mówiliśmy, pochodzi od słowa „koło” i łączy się go bezpośrednio ze świętym Kręgiem.

Boris: To w końcu z pierwszych czy z ostatnich kłosów? Czy to wszystko jedno?

Žiarislav: Z ostatnich, ale niekiedy również z pierwszych. A bywa, że gdzieś i z pierwszych i z ostatnich robi się ten kołacz albo… wieniec. Właśnie – wieniec! I ten wieniec ma kształt albo prostego wieńca właśnie, albo kuleczki, lub też nadaje się mu taki kształt, jakby była to czapka i wtedy da się to nasadzić na głowę jako koronę; inne wieńce mogą być skręcane jako spirale albo układane na podobieństwo bukietu. 



Žiarislav: Co się jeszcze zachowało: ludzie dziękują Bogu – dzisiaj przeważnie mając na myśli chrześcijańskiego Boga, ale pamiętajmy, że słowo „bóg” ma korzenie rodzime, przedchrześcijańskie – mówiąc przy tym wierszyki takie, jak na przykład ten: „Z urodzaju ziemskiego, z rosy niebieskiej, z cichego deszczyku, z ciepłego wiatreczka” a więc jest w tym zawarta cześć oddawana Żywiołom, dzięki którym mamy ten urodzaj. Czyli wciąż mamy do czynienia z tym, że ludzie są świadomi tego, że urodzaj nie jest jedynie wynikiem ich pracy, są świadomi całościowości, holistyczności Przyrody. A więc dziękują świętym Żywiołom. To są te same Żywioły, które występują słowackich bajkach, które czczą również inne przyrodzone narody. 

Boris: To są te Żywioły, o których robiliśmy już audycję, tak? Ogień, woda, ziemia, powietrze?

Žiarislav: Tak właśnie! Następnie ludzie chwalą dary. 

Boris: Wróćmy jeszcze do tego wieńca, wyplecionego z ostatnich tudzież pierwszych zżętych kłosów. Co ten wieniec oznaczał, jaka była jego funkcja?

Žiarislav: Wieniec symbolizował ów święty Krąg. Kiedy wieniec był już wypleciony, zawieszało się go w gospodarstwie: przy bramie, albo w przejściu, gdzieś, gdzie się chodziło. I ten wieniec był tam całą jesień i zimę aż do wiosny. A potem, właśnie z tego wieńca brało się ziarna – wtedy to było możliwe, bo nie były opatentowane…

Boris: Nie były GMO…

Žiarislav: Dokładnie. (śmiech) No i właśnie te święte ziarna z obrzędowego wieńca znów się dostawały do ziemi. Podobnie, kiedy robisz chleb na zaczynie, zostawiając zawsze trochę na następny: każdy kolejny taki chleb jest „potomkiem” poprzedniego. Tak właśnie każdy następny wieniec był „potomkiem” poprzedniego. I jego forma – krąg – był tego odzwierciedlaniem i symbolem. 

Boris: I wnosił również niejako fizyczny wkład do tego wszystkiego.

Žiarislav: Dokładnie.



Boris: Wyczytałem jeszcze taką jedną rzecz. Otóż po skończeniu żniw, żeńcy ze śpiewem na ustach zawozili taki wieniec na ozdobionym wozie przed dom gospodarza…

Žiarislav: Tak. Pamiętajmy, że w czasach słowiańskich obrzędy były bardzo społeczne. Wieńce mogły w zasadzie iść do każdego domu. Do każdego domu, bo właśnie – gdzie dom, tam gospodarz, a nie tylko do niektórych domów. I wszystkie te wieńce były poświęcone podczas świąt.  Oczywiście był też jeden wielki wspólnotowy wieniec. Tańczono i bawiono się. Były z tej okazji maski, było zdobienie ludzi… 

Boris: I o to też chciałem zapytać. Bo gdy rozmawialiśmy o przesileniu, o Kupale, mówiliśmy, że tańczono, że były zabawy… Czy tak samo było przy Dożynkach?

Žiarislav: Oczywiście! Nie ma takiego słowiańskiego święta, przy którym by nie śpiewano i nie tańczono! Tańce i pieśni towarzyszyły nawet pogrzebom. A co tu dopiero mówić o uroczystościach poświęconych temu, co żywe i co żyje dalej. Mamy na przykład zachowaną maskę Słomianego Dziada. [por. Dziady Śmigustne – J.K.] Ta maska zrobiona jest z powróseł (powrósło to upleciona ze słomy lina) którymi oplatano całego człowieka. Taką maskę też robiono wspólnie, bo przecież nikt nie oplótłby się tak sam. Wytwarzanie masek i ozdób już było częścią obrzędu. Tych wszystkich masek używano także podczas zapustów, czyli obrzędowych zabaw, mających na celu przebudzenie wiosennych sił w Przyrodzie. Wracając do Dożynek – mamy fotografie nawet z XX w., przedstawiające ludzi przebranych i ozdobionych z okazji tego święta kłosami zbóż i polnymi kwiatami. Również kosy, grabie i wszelkie inne narzędzia były ozdobione, co jest właśnie rodzimym elementem, nie żadnym tam socjalistycznym. Ludzie się zdobili i pletli te wieńce ze wszystkich zbóż, które rosły na polu, jak również z polnych kwiatów, jako że i polne trawy są częścią naszej kultury, a nie tylko zboże. Dziewczęta miały wieńce na głowach, wkładały sobie te kwiatki też do dekoltu… (śmiech)

Boris: Tam też? A to co symbolizowało?

Žiarislav: No takie właśnie coś pięknego… (śmiech) A mężczyźni przystrajali tymi kłosami i kwiatkami kłobuki. [kłobuk: z Wikipedii: „W języku staropolskim kłobuk oznaczał kapelusz, obecnie słowo to odnosi się do dwóch różnych nakryć głowy: miękki filcowy kapelusz noszony przez górali oraz nakrycie głowy duchownych prawosławnych i greckokatolickich.” – J.K.] No albo jak nie mieli kłobuków, to na gołą głowę, na przykład wplatając je sobie we włosy. 



Boris: Jakie jeszcze obrzędy były związane z Dożynkami?

Žiarislav: Nie mogło zabraknąć Obrzędu Chwały – gdy chwalisz i przyjmujesz dary. Kiedy przyjmowało się pierwszy kęs – robiło się to w sposób pełen czci, z chwałą, biorąc go do ust w dosyć nietypowy sposób, jakby to był boży dar; jako co prawda z ziemi, ale przede wszystkim od Ducha – z góry. Równie częste było społeczne przepijanie. Do picia służyły wówczas rogi, które ludzie mieli przy sobie, zaczepione na pasku. Także przedstawienia Bogów często widuje się z takimi rogami. Za przykład może tu posłużyć Świętowit. Pamiętajmy, że te przedstawienia są zawsze połączeniem sztuki i Wedy-Wiedzy. To przepijanie do siebie, to również była część obrzędu. Oczywiście te obrzędowe napoje kwasiło się na konkretny czas, a nie na każdy dzień. 

Boris: Mówisz: „kwasiło”. Czyli masz na myśli wino?

Žiarislav: Wino miodowe, czyli krótko – miód. Wino miodowe mogło być robione wyłącznie z miodu, ale osobiście nie wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Myślę, że najczęściej dodawano do niego jeszcze owoce. Chodzi o to, że łatwiej je wtedy zakwasić, ponieważ czysty miód „broni się” przed zakwaszeniem, podczas kiedy owoce kwaszą się same z siebie. Miód trzeba zagotować, zebrać pianę i dopiero wtedy ci się dobrze zakwasi. Czysty miód się w Przyrodzie nie kwasi. 

Boris: Nie no, wiesz, jak o takich rzeczach zwyczajnie nie mam pojęcia… No, ale jakby nie było – podczas Dożynek i Polonów popijano miód…

Žiarislav: …albo kwas – na co są dowody sprzed sześciu tysięcy lat.

Boris: Hu!

Žiarislav: Był to niejako zarodek piwa. Chodzi o zakiszoną mąkę. W każdym razie te napoje funkcjonowały jako napoje obrzędowe. Nie było upijania się codziennie, bo coś takiego w społeczeństwie przyrodzonym nie było możliwe. [por. współczesna walka wodzów Indian Ameryki Płn. o niehandlowanie alkoholem na terenach rezerwatów – J.K.]



Boris: Chciałbym jeszcze uzyskać odpowiedź na dwa pytania, które nam w swoim mailu podesłał Jaro. Pierwsze – kto brał udział w świętach Dożynek i Plonów; drugie – czy używano w te dni jakichś specjalnych przedmiotów, a jeśli tak, to jakich.

Žiarislav: W świętach brali udział wszyscy: dzieci i starcy, kobiety i mężczyźni. Ciekawostką jest że w niektórych krajach ostatni snop zżętego zboża nazywał się „baba”, co jest u nas, Słowian, bardzo silnym słowem, wskazującym na matriarchat. W każdym razie ten snop często miał twarz kobiety, która była nawet odziana w szaty. 

Boris: Ten snop był ubrany?

Žiarislav: Tak, ale odtąd nie mówimy już o snopie, ponieważ był związany i ubrany tak, aby przywodzić na myśl posturę kobiety. Nie spotkałem się z tym, żeby historycy starali się odczytać znaczenie tej „baby”; ja sam odczytuję to jako spojenie z żeńską boginią (Matką Ziemią).

Boris: O ostatnim snopie na polu też czytałem! Więc zaskoczyło mnie, kiedy mówiłeś, że z ostatnich kłosów robiono wieniec; bo ja właśnie czytałem, że ten ostatni snop miał zostawać na polu… No i teraz całkiem nie wiem, jak to w końcu ma być…

Žiarislav: Ostatni snop zostawał na polu, podczas gdy wieniec robiono z OSTATNIEGO ZBOŻA. 

Boris: A ten snop, co zostawał na polu, to co symbolizował?

Žiarislav: Ofiarę dla Przyrody. Zawsze, kiedy coś bierzesz, musisz też coś dać. A takim najprostszym sposobem, żeby coś dać, jest nie zabierać wszystkiego. Zabierasz tyle, ile potrzebujesz, ale trochę zostawiasz.



 
Boris: Następne pytanie. Co jeszcze zachowało się do dzisiaj? Chodzi oczywiście o obrzędy i zwyczaje dożynkowe.

Žiarislav: My – w tej części świata – wszystko robimy zawsze na opak. Nie, żeby gdzie indziej było inaczej, ale… My wszystko robimy zawsze inaczej, niż było przedtem. W czasach socjalistycznych panował kult społecznego/wspólnego. Dzisiaj – na opak – mamy kult jednostki i prywaty. Przypali cię ogień – skoczysz do wody; zaczniesz się topić – wyjdziesz z wody i skoczysz do ognia, żeby się szybko ogrzać. Znowu się przypieczesz i znowu skoczysz do wody. Zamiast szukać tej rozumnej granicy pomiędzy wodą a ogniem. A właśnie woda, jak już wiemy z nauki o Czterech Żywiołach, ma charakter społeczny – jako ta woda, która wyrównuje powierzchnie – to jest to socjalne. A osobiste – to ogień. Posługując się dzisiejszym słownictwem – woda jest w lewo, a ogień jest w prawo. W gruncie rzeczy społeczeństwo zawsze składa się z jednego i drugiego. Musisz się starać o przeżycie, musisz się starać o ochronę swojego życia, stanu świadomości czy czegokolwiek. To jest ogień – to jest jasne. A z drugiej strony woda – rzecz, która się przelewa z jednego na drugiego. Na przykład święta są w zasadzie społeczne. Nawet w przypadku najprywatniejszego ze świąt – dnia twoich urodzin: zawsze do siebie kogoś zaprosisz, jakiegoś przyjaciela. A więc jest to już społeczne święto, bo jest co prawda twoje osobiste, ale cieszysz się nim z przyjaciółmi. Gdybyś świętował sam, nikt by nie wiedział, że to jest święto. Tak więc słowiańskie święta – wszystkie – były społeczne. Za socjalizmu Dożynki… były. Dobrze, że były, ale niedobrze, że były pozbawione duchowości. Już tam wtedy był ten traktor, była polityka… Już nie odnosiło się to do duchowych przyczyn tego zjawiska. Dzisiaj natomiast całkowicie to wszystko zanikło. No bo przecież Dożynki świętowano w socjalizmie, tak więc Dożynki są złe. My, kapitaliści nie obchodzimy Dożynek. Pojedziesz sobie do Tesco i tam masz Dożynki. Także kompletnie nie ma już zwyczaju oddawania czci Ziemi. Kupimy sobie gotowe potrawy, napuchnięte od chemii, wody i soli. I nie podziękujemy ze te dary, nie pochwalimy ich. Żyjemy w Matriksie, w sztucznym systemie, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, że to wszystko w tym sklepie jest z Ziemi, z Wiatru, ze świętej Wody, ze Słońca… Jest na świecie milion gwiazd, ale ta jedna jest nasza – Słońce. A ty idziesz do sklepu i nie uświadamiasz sobie tego; nie oczyścisz tego z tych wszystkich naleciałości nieświadomości; zjesz to – nieoczyszczone; nie pochwalisz darów przed spożyciem. Nie ma dziękowania ani przepraszania bytów za odebranie im życia – jest kupowanie sobie "mięsa". Tu nie ma już żadnej łączności z Przyrodą. Taki ktoś kupuje sobie mięso, kupuje wodę i nie ma w nim świadomości, że wcześniej była ona w źródle. Dzisiejszy człowiek jest więc niejako odcięty od Przyrody, bo chociaż jest jej częścią, zupełnie sobie tego nie uświadamia. A jest to wynikiem tego, że zaniechaliśmy ten nasz rodzimy duchowy (duchowy po łacinie to genialny) Krąg Świąt.  

Boris: No dobrze. Ale załóżmy, że ktoś miałby wątpliwości odnośnie konieczności uświadamiania sobie tych wszystkich związków z Przyrodą; załóżmy, że zadałby ci pytanie: po co mu to? Co mu to da? Powiedziałby ci, że jesteś szaleńcem, skoro mu mówisz, że ma dziękować i przepraszać za mięso kupowane w Tesco. Co ty ode mnie chcesz, człowieku? – tak ci powiedzą ludzie. I teraz pytanie – dlaczego jest niedobrze, że ludzie przestali sobie to wszystko uświadamiać? Dlaczego jest niedobrze, że są odcięci od Przyrody? Dlaczego jest to dla nich złe? Sami nie są tego przecież świadomi, wydaje im się, że im tego nie brakuje w życiu, że można żyć tak, jak żyją…

Žiarislav: Oczywiście, można zostać głupim. Można żyć w letargu, nie chcąc przyjąć do świadomości, że to są żywe byty, że woda jest z Matki Przyrody, że wszystko jest ze sobą powiązane, że nie możesz zabierać, niczego w zamian nie dając. Oczywiście, że można sobie tego nie uświadamiać. Aż przyjdzie czas, że cała ta cywilizacja zaniknie. To jest druga możliwość. Bo jest jeszcze pierwsza, że społeczeństwo sobie to wszystko uświadomi. Że uświadomi sobie, że z Przyrody nie możesz jedynie brać. Że zawsze musisz zważać na pozostałe byty. Kiedy mówimy o wspólnocie, ludzie od razu myślą: lewicowcy! prawicowcy! wschód! zachód!... Mądry człowiek (wedomiec) myśli innymi kategoriami: wspólnota to wspólnota – to są także Drzewowie, Kamieniowie, to jest Woda, to Matka Ziemia i święte Słońce… – to wszystko tworzy wraz z nami wspólnotę. (…) Pamiętajmy, że kultura to znaczy szacunek. Od słowa „kult”. (…) Kiedyś człowiek doskonale to rozumiał. Był świadomy, czym jest Woda, czym są Siły; że nawet, kiedy już go nie będzie, tak jego ziarno pójdzie dalej, tak jak z tego [dożynkowego] wieńca – ziarnko idzie do ziemi, a w niekończącym się kręgu ty nie umierasz – wiecznie jesteś żywy.  Wiecznie żywy jak Przyroda. (…)



Boris: Kiedy cię spytałem, co z tych Dożynek się jeszcze zachowało, mówiłeś, że to już zanika, że zapada w niepamięć – te święta, ta wdzięczność za dary z Przyrody… Do tego dochodzi to, o czym teraz mówiłeś – że my, jako ludzkość w ogóle przestajemy być wdzięczni i świadomi… Takiej cywilizacji prędzej czy później musi grozić zanik! 

Žiarislav: Nigdy jeszcze nie staliśmy na krawędzi tak blisko przepaści, jak ma to miejsce dzisiaj. Pewne państwo, które samo używa broni chemicznej, chce napadać na inne, ponieważ są przesłanki co do tego, że używa broni chemicznej. A ta broń ma tak wielką siłę, że mogłaby zniszczyć Ziemię. Do tej pory ludzie nie posługiwali się tego rodzaju bronią – mieli łuki i strzały, którymi mogli się nawzajem trafić, ale nie mogli trafić Ziemi! A teraz właśnie to jest możliwe – jest możliwe zniszczyć Ziemię. Oznacza to, że dopóki [na powrót] nie zadomowimy się w Przyrodzie, żadna polityka nam nie pomoże. Potrzebujemy znów zżyć się z Przyrodą. Z naszą Matką, z naszym Ojcem, z naszymi świętymi Rodzicami. Człowiek, który jest duchowo przebudzony, takich rzeczy po prostu nie będzie robić. Dla nas jako ludzkości widzę dwie drogi: albo zadomowimy się znowu w kulturze przyrodzonej (na jej wiele sposobów, a nie, że nam jakiś urzędnik podyktuje co i jak), albo odejdziemy. Dawniej ludzie potrafili uświadomić sobie, czym groziłoby odcięcie się od Przyrody, choć przecież nie byli tak blisko tej krawędzi jak my dzisiaj. A nam bardzo blisko jest do odejścia. To każdy chemik, każdy żołnierz ci powie, jak bardzo jesteśmy tego blisko.

Boris: Tych ludzi, którzy w przeszłości doskonale sobie z tego zdawali sprawę, my dzisiaj mamy za głupich, za nie posiadających wiedzy i niecywilizowanych; samych siebie natomiast, chociaż żyjemy w kompletnej nieświadomości, nazywamy wielce cywilizowanymi…

Žiarislav: (śmiech) (…) żyjesz w kulturze w sposób poza-czasowy (trans-temporalny): jesteś teraz ze swoimi Przodkami i ze swoimi potomkami lub następcami. Tę świadomość możesz bardzo łatwo poza-czasowo wyciągnąć…

Boris: Poczekaj, bo nie rozumiem… 

Žiarislav: Oznacza to, że społeczność – wzięta linearnie, kauzalnie – jest tylko pozorna. Możesz powiedzieć, że myśmy sobie to uświadamiali, chociaż ty wtedy – no, powiedzmy w ósmym wieku – nie żyłeś. Oficjalnie wtedy nie żyłeś. Ale żyłeś. (śmiech) 

Boris: Skomplikowany temat. (śmiech) Teraz już [jako, że czas antenowy dobiega końca – J.K.] raczej go nie rozwiniemy. W każdym razie jest to interesujący temat, możemy się nim zająć podczas którejś z kolejnych audycji. Teraz możemy już pokrótce podsumować nasz dzisiejszy temat. Możemy zakończyć konstatacją,  że skoro nam się takie rzeczy stopniowo wytracają, – nie chcę bynajmniej siać histerii, ale tak to wygląda – nic dobrego ludzkości nie czeka… Że kiedy przestaniemy rozumieć, że jesteśmy częścią Przyrody, kiedy będziemy sądzili, że jesteśmy czymś więcej, to…

Žiarislav: To jest ta druga możliwość. Pierwsza jest taka, że się znów zadomowimy, utwierdzimy w swoim duchu – w przyrodzonym duchu – w kulturze, która jest naszą własną; że się w niej utwierdzimy, choćby wszystkie ruchy dookoła nas starały się ją zadusić. Ale właśnie – kultura przyrodzona przeżyje, jest nieśmiertelna. Nie można jej zabić. Po prostu przeżyje. 

Boris: Ale to jak? Przeżyje bez ludzi?

Žiarislav: Tak. (śmiech) Ale to jest ta druga możliwość, bo pierwsza jest, że z ludźmi. (śmiech)

Boris: No to by było idealnie. Dobrze by było, jakby ludzie to sobie bardziej uświadamiali. Ja wiem, że nasi słuchacze są ludźmi, którzy te rzeczy rozumieją, starają się według tego żyć, albo w jakiś sposób przybliżać do tego ideału. Ale wiesz, problem jest taki, że tam – za oknem – jest inny świat. Tam za oknem ludzie w tej chwili patrzą na coś zupełnie innego, śledzą na przykład żywot niejakiego Josego w telenoweli, a tego, o czym ty teraz mówisz, nigdy w życiu nawet nie słyszeli. Oni się z tym nigdy w życiu nie zetkną! No i jak to zrobić, żeby się zetknęli? Żeby to usłyszeli i zrozumieli, że to jest ważniejsze od tego, czy Jose się rozwiedzie, czy też nie. Teraz się zdramatyzowało. (śmiech)

Žiarislav: Również sama rodzima Wiara-Wieda to ciągłe korygowanie swojej postawy. Oznacza to, że także ci, którzy już są na tej ścieżce, muszą często sami sobie przypominać jej istotę. Ci natomiast, którzy w ogóle na niej nie są, tak dla tych jest to jeden ze sposobów… (…) Nie myśl natomiast, że nie ma ludzi, którzy oddają chwałę – może to nie są masy – ale są. Są ich tysiące, dziesiątki tysięcy. A to nie jest mało, bo…

Boris: Bo w nich to  przeżywa… 

Žiarislav: A z tego wzoru, którym są, to, co dobre, może się rozrosnąć na szerszą społeczność.

Boris: Tak. Trzeba wierzyć, że tacy ludzie, między innymi ci, którzy słuchają tej audycji, będą niczym ziarna owego [dożynkowego] wieńca; ziarna, które się potem zmieszają z pozostałymi, czyniąc urodzaj!


 ***


Plon niesiemy, plon
W jegomości dom.
Bodaj zdrowo plonowała,
Po sto korcy kopa dała.
Plon niesiemy, plon!
Otwieraj, panie, szeroko wrota,
Niesiem ci wieniec z szczerego złota.
Zaściełaj panie stoły i ławy,
Idzie do ciebie gość niebywały.
Plon niesiem, plon!
 


17 komentarzy:

  1. Witam kolejny blog w społeczności słowiańskiej.

    Sława!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo interesujace.Czesto "przesiadam sie" z Opolczyka w rownie jak jego, pasjonujace historie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba! :) To znaczy, że praca nie poszła na marne!

      Usuń
  3. Może teraz się uda i nie będziemy musieli konwersować przez FB - Piękny kołacz tak jak i piękny blog cały, pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt, że się udało :) Chociaż nie wiem, dlaczego tylko jako Anonim...

      Co do funkcjonowania bloga i problemów, które czasem stwarza (ostatnio sama nie mogłam odpowiedzieć jako ja, męczyłam się z tym ponad godzinę i w sumie nie mam pojęcia jak to się "samo" naprawiło) to uprzedzam, że jestem kompletnym żółtodziobem. Wszystko na razie jest jak tajemniczy ogród ;) Cieszę się, że udało mi się założyć bloga bez jakiejś eksplozji albo wysadzenia korków w bloku ;)

      Może z czasem w tym okrzepnę, póki co jest to dla mnie nie lada wyzwanie :)

      Pozdrawiam i ja :)

      Usuń
  4. jeszcze! jeszcze! :-) czekam niecierpliwie na kolejne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą! Będą! :)
      Pozdrawiam serdecznie - J.K.

      Usuń
  5. Mądre i piękne to wszystko, ale są punkty, z którymi trudno mi się zgodzić. N.p. że równonocy jesiennej nie ma co świętować, bo nie ma okazji do radości. Święta naszych przodków to nie tylko radość i podskoki, ale celebracja różnych tajemnic i misteriów życia, w tym także tych, które wzbudzają obawę czy są po prostu tajemnicze. Według mego rozeznania, na jesieni, po Plonach, w czasie zbliżonym do równonocy jesiennej świętowano czy raczej obchodzono Zaśnięcie Ziemi. Pozostałością jest nasza gęś na św. Marcina. Zarzynano wtedy ostatnie zwierzęta, z wyjątkiem tych przeznaczonych na rozród. Kończono wszelkie prace w polu i zbieranie ostatnich grzybów w lesie. Przygotowywano się na przetrwanie zimy. Była to uroczystość, która kończyła czas pracy na zewnątrz, a zaczynała to, co dziś nazywamy "wakacjami rolnika". Konopie i len czekały na przędzenie3, podobnie i wełna. Ziarno, wymłócone, czekało na zmielenie. Zaczynał się czas klechd, baśni i zimowania. Zbliżało się świętowanie przodków, czyli Dziady, tuż po przesileniu. wystarczy pamiętać, że celebrowano nie tylko radosne święta odrodzenia i obfitości, ale każde przejście sezonów. Niepokój i obawa są równie dobrym "napędem", jak radość i satysfakcja. Jesienią "zamykano" pola i ogrody na nadejście zimy. to, tak jak i gody, było okazją do celebracji.
    Pozdrowienia - Babulinka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Równonoc jesienna z pewnością była obchodzona. Nie ma co się jednak
      czarować, że równie hucznie, jak pozostałe trzy wielkie święta
      związane ze Słońcem/Światłem. Świadczy o tym choćby to, jak niewiele
      o jej obchodach wiemy… Obrzędy związane z równonocą wiosenną i z
      przesileniami niemal niezmienione (jedynie wyzute z głębi, z duchowości)
      przetrwały po dziś dzień i wystarczy oczyścić je z obcych
      naleciałości i przekłamań, zrozumieć je na nowo, poczuć, napełnić
      wiarą, wyciągnąć z nich naukę – żeby były tym, czym były tysiące
      lat temu. Natomiast bardzo skąpą wiedzę mamy odnośnie obrzędów
      związanych właśnie z równonocą jesienną. Właściwie wszystko skupia
      się tu na Plonach.

      Co nie oznacza, że równonoc jesienna była jakimś tabu ;) że jej nie
      obchodzono. Zgadzam się z tym, co piszesz: „Święta naszych przodków
      to nie tylko radość i podskoki, ale celebracja różnych tajemnic i
      misteriów życia, w tym także tych, które wzbudzają obawę czy są po
      prostu tajemnicze.”.

      I tak właśnie wyobrażam sobie moment równonocy: obowiązkowo święty
      ogień, być może tak jak u Słowaków płonący w środku okręgu
      wyznaczonego przez cztery dodatkowe watry: na wschodzie, zachodzie,
      południu i północy… Zgromadzeni ludzie oddają cześć Słońcu,
      Światłu i boskiemu ładowi, sławiąc tę niezwykłą mądrość i
      nieskończoność zawartą w cykliczności; wiedzą, że Ziemia na jakiś
      czas teraz zaśnie, ale wiedzą też, że tak być musi, żeby na wiosnę
      mogła się znowu obudzić. Myślę, że w dużej mierze przeżywało się
      ten czas bardzo osobiście, wewnętrznie, że był to moment zadumy,
      zagłębiania się, jak piszesz, w tajemnicę. To takie moje własne
      zdanie.

      Mówiąc o braku konkretnych obrzędów czy rytuałów związanych z
      równonocą jesienną nie mówimy o braku świętowania samego jej momentu.
      Chodzi bardziej o to, że w przypadku pozostałych trzech świąt
      solarnych, obrzędy rolnicze i te, związane n. p. z płodnością czy
      rodem, „przyklejają się” wprost do nich. Natomiast wszystkie znane
      nam obrzędy jesienne skupiają się wokół rolniczego rdzenia święta
      Plonów, nie zaś równonocy jako takiej, choć to właśnie ona wyznacza
      zamknięcie pewnego etapu w Przyrodzie i początek kolejnego. Pośrednio
      nawiązują więc także do niej. Ale o ten brak bezpośredniości
      właśnie tu chodzi. A dlaczego tak się dzieje? Ponieważ świętując,
      instynktownie skupiamy się na tym, co daje radość. Zebrane plony,
      chwilowe bogactwo wszystkiego – to daje radość. Pozwala też na chwilę
      zapomnieć o nadchodzącym trudnym okresie.

      Usuń
    2. Żeby zrozumieć, o co chodzi Žiarislavovi, kiedy mówi o braku powodów
      do radości z okazji nadchodzącej jesieni, trzeba naprawdę wejść
      wyobrażeniami w skórę Przodków. W czasy, kiedy człowiek był bardzo
      mocno zależny od Przyrody. Zebrał już wszystkie plony. Zgromadził siano
      dla zwierząt, teraz jeszcze zbiera i rąbie drewno na opał. Nic więcej
      zrobić już nie może. Z niepokojem zastanawia się, jak szybko nadejdą
      mrozy, czy jesień będzie sucha i złota, czy może mokra i nieprzyjemna?
      Jak długo potrwa zima i czy będzie bardzo ostra? Czy wystarczy tego, co
      uzbierał, dla całej rodziny i zwierząt? Bo jeżeli nie wystarczy… Nie
      ma hipermarketu, gdzie w razie czego można dokupić odpowiednią ilość
      mąki, holenderskiego ogórka i pomidora z genem banana ;) My dzisiaj
      patrzymy na równonoc jesienną bardziej beztrosko, a nawet poetycko, bo
      takie sytuacje po prostu nam nie grożą ;) Czym innym są „wakacje
      rolnika” dzisiaj, czym innym były kiedyś. Žiarislav od ponad
      dziesięciu lat żyje życiem takim, jakie wiedli nasi Przodkowie. Prowadzi
      notatnik z zapiskami świeżo upieczonego bacy, żyjącego i uprawiającego
      ziemię praktycznie poza wszelką cywilizacją. Pierwsze dwa lata wspomina
      jako dość drastyczne – już zimą brakowało mu jedzenia i drewna i
      zmuszony był głodować i marznąć, z przerażeniem myślał o
      przedwiośniu… Dlatego uważa, że człowiek żyjący w Przyrodzie nie
      miał wówczas powodów do jakiejś wielkiej radości i hucznego
      biesiadowania, co nie jest równoznaczne z brakiem czci dla zachodzących w
      tym czasie zmian, będących jakby częścią składową Cyklu, którego
      istotę człowiek sławił i chwalił, rozumiejąc jego doskonałość.

      Zarzynanie zwierząt jest dla mnie niezrozumiałe. Może dochodziło do
      czegoś takiego we wczesnym średniowieczu, ale jakoś nie potrafię tego
      połączyć z rodzimą duchowością. Kury trzymasz dla jaj ;) owce dla
      sera i wełny, kozy dla mleka, sera, masła… Oczywiście czasem
      potrzebujesz i skór (chociaż powinno się skórę pozyskiwać ze
      zwierząt, które umarły w naturalny sposób) ale jakieś takie rytualne
      uboje trącą mi wynaturzeniem…

      Dziady natomiast świętuje się przy okazji każdego z czterech wielkich
      świąt. Dodatkowo świętowano je jeszcze raz jako osobne święto, ale
      pierwotnie działo się to na wiosnę. Dopiero później przesunęły się
      na jesień. Obecnie wiele osób świętuje zarówno Dziady wiosenne jak i
      Dziady jesienne, jako że listopadowe Święto Zmarłych mocno już
      wpisało się w naszą kulturę.

      Pozdrawiam Cię serdecznie Babulinko!
      J.K.

      Usuń
    3. Dzięki za tak wyczerpującą odpowiedź. Widzisz, my od 15 lat żyjemy na własnym kawałku ziemi, w miarę możności dążąc do wystarczalności, wczuwam się więc bardzo i z pasją w to, co mogli czuć przodkowie. Pamiętam też dobrze gospodarstwo moich dziadków, małe (6 ha) i całkowicie samowystarczalne, bez elektryczności (dopiero pod koniec lat 70 doprowadzono). Widzę więc rozmaite konieczności, z których ludzie z miasta nie zdają sobie sprawy. Na przykład to, że wiosną i latem zwierzęta się rozmnożyły, a karmy dla wszystkich może nie wystarczyć. Są też nadprogramowe koguciki, gąsiory, tryki itp. więc robiono selekcję, zostawiając te, które były najzdrowsze i najpiękniejsze - na rozród. Inne poświęcano, by nakarmić ludzi.
      Nie sądzę też, żeby ten niepokój był aż tak silny, jak nam się zdaje. Ot, może lekka zaduma... Las-żywiciel zawsze był blisko, czyste rzeki i jeziora obfitowały w ryby. Dęby dawały żołędzie. Nie było aż tak trudno zaopatrzyć się na zimę, chyba, że w średniowieczu, kiedy już wszystko zaczynało być "pańskie". Moja babcia dobrze wspominała zimy, czas odpoczynku, przędzenia, tkania, opowieści. A kiedy zaczynało być głodnawo, zawsze zostawało polowanie. Bydło też było nieco inne, niż obecnie, pamiętam, że mogło paść się nawet zimą, o ile snieg nie był zbyt głęboki. Zawsze coś tam wygrzebało. Podobnie konie. Jeśli lęk był, czy obawa, to raczej przed duchami, które lubią ciemność. Przed tym przenikaniem się światów żywych i umarłych... Ale to tylko do zimowego przesilenia. Zimą, kiedy już mróz chwycił, także się bawiono. Łyżwy i sanki to nie wynalazek naszych czasów. Mam też wrażenie, że przodkowie bardziej żyli dniem dzisiejszym, mniej martwili się "na zapas". to martwienie się tym, czego nie ma, jest przymiotem naszych czasów. Tak nas ukształtowano. Dawniej myślano oczywiście o przyszłości, nasz klimat tego wymaga, ale nie zamartwiano się. Będzie, co bogowie dadzą, i już.
      Pozdrowienia - Babulinka

      Usuń
    4. Tak, masz rację. Też nie nazwałabym tego zamartwianiem się. W końcu od wiosny pracowano na to, żeby niczego nie zabrakło. Stąd ta radość podczas Polonów ;) Choć z pewnością jakiś niepokój towarzyszył ludziom, kiedy jasnym stało się, że więcej już nie zgromadzą.

      Ja również wychowałam się na wsi, ale to była wieś popegeerowska - brakowało tam szacunku zarówno dla zwierząt jak i roślin. Chwilowo jestem skazana na miasto, zamierzam jednak wrócić na wieś, najchętniej w głuchą dzicz, gdzie Ziemia nie byłaby zatruta przez człowieka i również mieć gospodarstwo w dużej mierze samowystarczalne. Z tym tylko, że jako wegetarianka ze zwierząt planuję wyłącznie kury i kozy.
      Jeśli chodzi o uprawy - zastanawiam się nad długoterminowym eksperymentem, a mianowicie część ziemi "uprawiać" niemal bez żadnej ingerencji - tu zainspirowała mnie książka "Rewolucja źdźbła słomy" Masanobu Fukuoki. Polecam tę pozycję. To zupełnie inne spojrzenie na uprawę. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Póki co zarabiamy z mężem na ziemię, więc to dosyć odległe plany ;) Ale nie jestem człowiekiem miasta, nie zdecyduję się na powiększenie rodziny w betonowym terrarium. Więc jestem zdeterminowana do działania.

      Łyżwy, narty, sanki - oczywiście, że to prastary wynalazek! Żeby było śmieszniej, dawniej było o wiele więcej ich rodzajów. Dziś nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. No i kuligi! :) Ech, rozmarzyłam się przez Ciebie... ;)

      Usuń
  6. Witaj w klubie. Permakulturę znam, uprawiałam ją, zanim zaczęto to tak nazywać. Nawet ją wykładam od czasu do czasu tu i tam :). Ja to nazywam "jak robić, żeby się nie narobić, a mieć". U nas, na Podlasiu, jest nas już sporo, takich zapaleńców. Powietrze tu czyste, ludzi niewielu, ziemia w przystępnej cenie. My jadamy mięso, ale raczej rzadko i niewiele, natomiast mam wielu przyjaciół wegetarian. Ze zwierząt, które przynoszą zysk bez zabijania, polecam jeszcze owce na wełnę lub/i na mleko. Można je paść w sadzie, tak jak my to robimy, a kóz nie, bo obgryzą korę. Jest też taki zysk, że z narodzonego koziołka nic nie zrobisz, a baranka można wykastrować i trzymać na wełnę. My marzymy w realu. W tej chwili zbieram warzywa, kiszę kapustę, robię dżemy i przetwory. Mam też już sporo grzybów we wszelkich postaciach. Kury ciągle się niosą. No to na razie, może kiedyś wpadniecie do nas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za zaproszenie!!! Bardzo chętnie, choć nie sądzę, żeby to było możliwe w najbliższym czasie... :( Ostatnie lata pracowaliśmy na to, żeby opłacić wynajem mieszkania, bo na tyle mniej więcej nas było stać. W końcu podjęliśmy trudną decyzję o chwilowej (planowo dwuletniej) emigracji. Męża już nie ma, ja pakuję nasze dotychczasowe życie w kartony, planuję też przed wyjazdem odwiedzić babcię, której dawno nie widziałam. Ale któregoś dnia naprawdę miło by było móc skorzystać z takiego zaproszenia :)
      Zwłaszcza, że ja pomaleńku "urabiam" męża, tłumacząc mu pewne kwestie, pokazując mu to i owo. Do niedawna marzył o domu i kropka. Teraz priorytety całkiem mu się zmieniły. Dom - byle dach nad głową, najważniejsze, żeby była ziemia i to niezanieczyszczona, płodna. Ostatnio sam z siebie zaczął coś mówić o górach lub Bieszczadach. Aż oczy ze zdumienia przecierałam, kiedy tak nagle wziął moje pragnienia za swój własny pomysł :)
      Długo męczyliśmy się w wynajętym mieszkaniu w bloku, ale z jednej strony jestem wdzięczna Bogom za to to doświadczenie. Osobiście zawsze marzyłam o małym gospodarstwie, innego życia zwyczajnie sobie nie wyobrażam, ale mężowi dopiero mieszkanie w betonowej klatce otworzyło oczy - uświadomiło, że nie da się tego nazwać życiem. Zarabiał ciężką pracą niewielkie pieniądze po to tylko, żeby wieczorami zamykać się w więzieniu czterech ścian, skazany na wstrętne żarcie z marketu, bez możliwości wyjścia przed dom i zrelaksowania się na świeżym powietrzu, przy ognisku, pod rozgwieżdżonym niebem... W końcu czara goryczy przelała się i mój kochany od dłuższego czasu dosłownie "zielenieje" w oczach :) Czasami potrzeba zimnego prysznica, żeby doszło do przewartościowania, żeby zauważyć to, co najważniejsze i na nowo wyznaczyć cele.
      Obiecał mi już ulepić piec chlebowy :) Jeśli chodzi o sam dom - osobiście skłaniałabym się w stronę eksperymentu ze słomiano-glinianym, ale to akurat może być trudne do przeforsowania - mąż jest budowlańcem, być może łatwiej i szybciej poszłoby z "klasycznym" budynkiem, zwłaszcza, że jako astmatyk panicznie boi się słomy w ścianach. Co innego praca w polu, co innego słoma, która jest tam już na stałe... Co prawda czytałam, że takie domy są właśnie dla alergików doskonałe, ale dużo też chyba zależy od nastawienia psychicznego. Ostatnio mój maniak cegieł z Castoramy zaczął coś jednak sam z siebie bąkać o drewnie, które do tej pory uważał za zbyt nietrwałe... Zobaczymy. Dam mu tu wolą rękę, wiem, że chce zrobić wszystko, żeby mnie uszczęśliwić i żeby jednocześnie poczuć tę męską dumę z postawienia domu :)

      Permakultura - dziwne słowo, które w zasadzie powinno brzmieć po prostu kultura, w przeciwieństwie do sztucznej konsumpcjonistycznej, antropocentrycznej i egoistycznej antykultury. Ale ludzi myślących zdrowo z każdym rokiem przybywa. Mamy jeszcze szansę - jako ludzkość - wrócić po rozum do głowy. Zadaniem każdego, kto się przebudził - takie jest moje zdanie - jest czynne działanie na rzecz Matki Ziemi, poczynając od siebie samego, własnej rodziny, otoczenia; a jeśli ktoś może więcej - powinien więcej. Mój skromy wkład w to wszystko to ten blog, te tłumaczenia. Jest w Ziarislavie tyle mądrości - praktycznej mądrości - że byłabym samolubna, tłumacząc tylko dla siebie, nie dzieląc się tym z innymi. Dlatego nie ważne, że kosztuje to wiele czasu. Satysfakcja z myśli, że może do kogoś coś dotrze, na przykład że rodzima wiara to nie fasadowe odtwórstwo, ale styl życia w zgodzie z Przyrodą, jest niewypowiedzianie cudownym uczuciem. Działając dla Ziemi - człowiek po prostu się spełnia i jest szczęśliwy.
      Napisz do mnie na maila: j.k.przypiecek@gmailcom - wyślę Ci informację o innym moim projekcie :)

      Pozdrawiam słonecznie!!!

      Usuń
    2. oczywiście uciekła mi kropka w adresie :/

      j.k.przypiecek@gmail.com

      Usuń
  7. Niedługo wyślę :) Oj, widzę, że sobie pogadamy!

    OdpowiedzUsuń