wtorek, 23 sierpnia 2016

A miesiąc żniw i dożynek wciąż się SIERPIEŃ zowie...

 


Osobiście rozumiem postęp jako wynalazek, rozwój, osiągnięcie lub uszlachetnienie czegoś, dokonane:
- z poszanowaniem i dbałością o przyrodę oraz rządzące nią prawa,
- z poszanowaniem i dbałością o odrębność kulturową danej społeczności oraz
- z poszanowaniem i dbałością o zdrowie i kondycję energetyczno-duchową ludzkiej istoty.

Cieszy, że jest już spora grupa ludzi, pracujących nad nowymi rozwiązaniami, które nie obciążałyby środowiska i nie wpływały negatywnie na zdrowie człowieka. Niestety wciąż jeszcze wielu patrzy mniej lub bardziej krótkowzrocznie. Byle było szybciej, łatwiej, wygodniej, więcej, wydajniej... "Poprawia" się więc i wyzyskuje przyrodę, niszczy regionalizm, ogranicza człowieka. O skutkach chemicznie "ulepszonej" żywności nie wspominając.

Nie chciałabym się tu rozwodzić o rzeczach oczywistych, takich jak degradacja środowiska czy właśnie owa skażona żywność i jej wpływ na organizmy żywe. Warto przyjrzeć się (ścisłemu, jak się okazuje) powiązaniu tych zjawisk z  degradacją kultury, duchowej wartości oraz wspólnotowości. 


Niedawno, podczas pracy nad kalendarzem słowiańskim, trafiłam - w tomie 82 znakomitej skądinąd publikacji "LUD" wydawanej przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze - na artykuł Artura Gawła pod tytułem "Tradycyjne zwyczaje i obrzędy żniwne na Białostocczyźnie". Cytując autora, zachęcam do zagłębienia się w problem zmian spowodowanych postępem technicznym w obrębie sposobu pracy i gospodarowania na roli:

"Jeszcze przed II wojną światową w części zachodniej Białostocczyzny w powszechne użycie weszły kosy, w części wschodniej odbyło się to generalnie tuż po jej zakończeniu. Kosy były już znane dużo wcześniej, lecz używano ich wyłącznie do koszenia trawy. Zastępowanie sierpów przez kosy napotykało na opór ludzi starszych, którzy nie mogli pogodzić się z tak gwałtowną przemianą w zakresie techniki zbioru zbóż. Zmiana polegała bowiem nie tylko na technicznym zastąpieniu jednego narzędzia przez inne, lecz spowodowała pewne przemiany w sferach obrzędowej i społecznej. Znaczne przyspieszenie tempa pracy wpływało niekorzystnie na kultywowanie dawnych zwyczajów. Innym, znaczącym społecznie rezultatem wprowadzenia kos była utrata pracy przez starsze kobiety (...). Wprowadzenie kos do sprzętu zbóż spowodowało zmianę ról pełnionych w czasie żniw przez kobiety i mężczyzn, ci ostatni przejęli rolę koszących zboże, podczas gdy kobiety "podbierały", tj. wiązały snopki."


ŻĘCIE A KOSZENIE: Przyjrzyjmy się jeszcze dokładniej różnicom w ścinaniu zboża za pomocą sierpa oraz przy użyciu kosy:

SIERP: "Pracę rozpoczynano rankiem, jednakże nie wcześniej niż znikła rosa. 'Żeńcy', bo tak najczęściej nazywano żniwiarzy, ustawiali się w określonym porządku - na czele stawała kobieta najsprawniej żnąca, zwana 'postacianką'. (...) Zdarzało się, że nie wszystkie osoby za nią nadążały, trzeba było bowiem nie tylko utrzymać odpowiednie tempo, lecz także zachować dokładność w pracy.
            Pracę przerywano, aby spożyć posiłki. (...)
            Podstawowym narzędziem żniwnym, aż do końca okresu międzywojennego, był sierp. Sierpy były wyrabiane przez kowali wiejskich, dopiero w okresie międzywojennym zaczęły pojawiać się wyroby fabryczne. (...) Sierpy należało co jakiś czas (zwykle co dwa, trzy lata) ostrzyć, czyli 'ząbkować'. Wzdłuż krawędzi ostrza znajdowały się nacięcia, tzw. 'ząbki', ułatwiające ścinanie.
            Nacięcia te, po pewnym czasie zależnym od intensywności użytkowania, ulegały starciu. Aby przywrócić ich pierwotny stan, kowale nacinali powierzchnię ostrza służącym do tego celu przecinakiem, zwanym 'zubiłem'. Każdego roku, już od wczesnej wiosny, ustawiały się przed kuźniami kolejki osób pragnących naostrzyć swoje sierpy. Usługa ta kosztowała w okresie międzywojennym około jednego złotego, natomiast nowy sierp od dwóch do trzech złotych. Znacznie częściej ostrzyło się sierpy na toczydłach, ale wówczas tylko powierzchnię ostrza nieząbkowaną. Sierpy różniły się między sobą wielkością, każdy mógł więc dobrać dla siebie najbardziej mu odpowiadający. Nie każdy sierp uzyskiwał pozytywną ocenę żniwiarzy: 'Dobry sierp powinien mieć jad', to jest być odpowiednio ostry. Inna opinia głosiła: 'Jak sierp był dobry, to mało było czuć, że się żnie'
            Wydajność pracy żniwiarza posługującego się sierpem wynosiła w ciągu jednego dnia od jednej do dwóch kop, tj. 60 - 120 snopków. Jak twierdzi mieszkanka wsi Pierożki, gmina Szudziałowo: 'Jak ktoś nie nażnął kopy za dzień, to nie był żniec'. Efektywność pracy zależała w głównej mierze od zboża, jakie zżynano: na glebach piaszczystych, gdzie było ono rzadsze i grubsze, żęło się ciężej, na żyźniejszych łatwiej. Najtrudniej żęło się na gruntach, które wcześniej leżały odłogiem. (...)"


KOSA: "Istniały dwie techniki koszenia zbóż: 'na pokos' i 'na ścianę'. (...) Na polu koszono zazwyczaj w trzy - cztery kosy, a zdarzało się również i tak, że było ośmiu, a nawet dziesięciu kosiarzy. Oprócz kosiarza przy sprzęcie zboża brały udział jeszcze dwie osoby: pierwsza z nich - zazwyczaj kobieta, formowała snopki, druga - zwykle mężczyzna, wiązał je powrósłem. Z czasem, kiedy zaprzestano wymagającego znacznej siły wiązania snopków przy pomocy kołka (...), rolę mężczyzny przejęła kobieta formująca snopki. Mężczyzna, który kosił zboże zwany był w części zachodniej Białostocczyzny 'kośnikiem' (...). Kobieta, która formowała, a następnie wiązała snopki, nosiła miano 'podbieracki'. Mężczyznę wiążącego snopki kołkiem nazywano (...) 'wiazalnikiem'.
            Wydajność żniwiarza posługującego się kosą wzrosła kilkakrotnie, przeciętnie koszono od trzech do pięciu kop, tj. od 180 do 300 snopków, a wyjątkowo dobry kosiarz potrafił skosić nawet 8 - 10 kop. (...)W dużej mierze wydajność zależała od zboża, które koszono - jeśli było wysokie i gęste zbierano więcej.
            Do kos używanych w czasie żniw mocowano dodatkowe urządzenia służące do równomiernego odrzucania pokosu. (...) Kosy ostrzono przy pomocy osełek kamiennych i drewnianych (...) W czasie żniw kosy wymagały nawet dwukrotnego klepania w ciągu jednego dnia, stąd też kosiarze zabierali ze sobą stołeczki z babkami i klepali je w miarę potrzeby na polu.
            Kosy w przeciwieństwie do sierpów były już wyrobami wyłącznie fabrycznymi, nabywanymi w sklepach lub na targach."


ŻNIWA, SUSZENIE, ZWÓZKA, ZNÓW SUSZENIE: "Jak już wyżej zaznaczono, istniał podział prac wykonywanych przez żniwiarzy, przeważająca ich część żęła lub kosiła zboże, pozostali wiązali snopy i układali kopice. (...) Snopki nakrywające (...) starano się układać tak, ażeby ścięte końce zboża zwrócone były na południe lub na wschód, co miało przyspieszyć ich wyschnięcie. (...) Po ułożeniu każdej kopicy należało 'buźki jej dać, żeby stała i chlebek z niej był'.
            Snopy przewiązywano powrósłami skręconymi ze zboża, które zbierano (...). Wielkość zbiorów określano według liczby zebranych snopków, przy czym stosowano sześćdziesiętny system liczenia, podstawową wielkością była więc 'kopa'. W celu ułatwienia liczenia snopy grupowano w kopicach złożonych z dziesięciu, dwunastu, piętnastu, trzydziestu, a nawet sześćdziesięciu snopków.
            Zwózka zboża odbywała się po około tygodniu, a w przypadku gorszej pogody po dwóch tygodniach od dnia zżęcia zboża. Zboże zwożono wozami wyposażonymi w długie drabiny, na których można było pomieścić dwie-trzy kopy snopków (120-180 sztuk) (...). Przed rozłożeniem snopków na wozie rozścielano na nim lnianą płachtę, zwaną 'radnem', na której gromadziło się ziarno wytrzęsione w czasie transportu. (...)
            Zboże starano się zwozić w dni pogodne, słoneczne. (...)
            W sąsiekach rozkładano żerdzie zwane 'łagunami' bądź 'opołami', na które wykładano snopki, co miało zabezpieczyć zboże przez bezpośrednim przyleganiem do gruntu, a przez to zapobiec jego butwieniu. (...) Zboże układano w stodole warstwami, aż po dach budynku. Jeśli nie mieściło się w stodole, to pozostałą część składowano w brogach. Spoczywało tam do czasu młócki, czyli do nastania zimy."

ZANIK RODZIMEJ KULTURY: "Postępujący proces zaniku zwyczajów i obrzędów żniwnych wynika przede wszystkim z dwóch przyczyn. Po pierwsze należy wymienić przemiany w gospodarce wiejskiej, a więc wprowadzenie nowych technik uprawy ziemi oraz nowoczesnych maszyn. Po drugie przemiany w sferze świadomości zarówno jednostki , jak i całych społeczności wiejskich. Chodzi tu głównie o przejmowanie wzorców kulturowych płynących z miasta (...). Warto również podkreślić, że obrzędy nie pełnią już roli jednoczącej społeczność lokalną. (...) Stare obrzędy i zwyczaje nie są zastępowane przez nowe, które nawiązywałyby do nich formą i treścią."

Artur Gaweł, "Tradycyjne zwyczaje i obrzędy żniwne na Białostocczyźnie", Lud. t 82. 1998

_________________________________________________


WNIOSKI:

Powszechnie uważa się, że od czasów starożytnych aż do okresu międzywojennego XX wieku niewiele tak naprawdę się u nas zmieniło w sposobie uprawy roli oraz w agrarnej obrzędowości. Nawet umowne tysiąc lat duchowej okupacji obcego systemu wyznaniowego nie wykorzeniło z niej dawnych wierzeń i zwyczajów. Więcej nawet: samo chrześcijaństwo musiało je przyjąć, dokonując zupełnie powierzchownych i dość łatwych do usunięcia przez każdą świadomą jednostkę modyfikacji.

Działo się tak między innymi dlatego, że nasza rodzima, słowiańska duchowość wynika z głębokiego rozumienia świata przyrody i jej praw. Człowiek, rzeczywiście pracujący w przyrodzie, czy to w dawnych czasach wolnej Słowiańszczyzny, czy w nowej kościelno-feudalnej rzeczywistości, chcąc cokolwiek uprawiać, nie mógł odejść od owych wiecznietrwałych kosmicznych i naturalnych praw, znajomości których wyrazem są właśnie dawne, rodzime obrzędy. Co równie ważne, napracowawszy się niemało, umiał okazywać przyrodzie i Matce Ziemi szacunek i wdzięczność.

Rzeczą znamienną jest, że aby żyć w równowadze, należy umiejętnie rozkładać swoją uwagę na sprawy duchowe i... na pracę z ziemią. W pierwszej kolejności dotyczy no nas, Słowian, jako że Słowianie to lud z natury i pochodzenia związany z ziemią!!! Rolnictwo było jednym z najważniejszych aspektów bycia w przyrodzie. Nasza duchowość i nasza obrzędowość nierozerwalnie związane są z uprawą roli i ogrodów oraz z hodowlą zwierząt, takich jak kury, gęsi, kozy, owce czy czerwone krowy. Nie ma mowy o słowiańskiej duchowości w oderwaniu od przyrody i nie ma mowy o słowiańskich świętach w oderwaniu od uprawy i rolnictwa! Każde z dorocznych słowiańskich świąt ma podstawowe agrarne znaczenie i dysponuje szeregiem zwyczajów i obrzędów, dziś byśmy powiedzieli "magicznych", mających wpłynąć na przyszły urodzaj. Także źródeł naszej wspólnotowości i poczucia solidarności należy szukać w łączącej nas wspólnej pracy na roli.

Jako ludzie mamy skłonność o ułatwiania sobie życia. Po co pracować więcej, jeśli można mniej? Większość naszych wynalazków powstało po to, by żyło się nam wygodniej. Wydajność, szybkość, wygoda i poprawa bezpieczeństwa - to są kierunki naszego rozwoju cywilizacyjnego. Niestety, jeżeli nie weźmiemy przy tym pod uwagę przyrody, kultury i własnego zdrowia, zarówno fizycznego, jak i duchowego, wykoleimy się jako ludzkość razem z tym naszym pociągiem do łatwiejszego życia.

Czasem warto zrezygnować z jakiegoś "więcej" i jakiegoś "szybciej", by zachować siebie i swoją kulturę.

Dzisiaj żyjemy w iluzji dobrobytu i wygody. Większość z nas nawet nie miało styczności z uprawą roli, bo zajmują się tym naprawdę nieliczni. Większość zaś owych nielicznych uprawia rolę bez jakiegokolwiek poszanowania praw przyrody, gwałcąc, wyzyskując oraz zatruwając ziemię, "produkując" "produkty spożywcze", jak obecnie nazywa się jej płody. Kto robi to z miłością i wdzięcznością? Kto pozwala owocom rzeczywiście dojrzeć? Kto troszczy się o zwierzęta? Wynaturzyliśmy się do granic, traktując przyrodę jak linię produkcyjną.

Obecnie dążymy do tego, aby w obrzędowości słowiańskiej odżyły korowody, trzymanie się za ręce... żeby w plemieniu płynęła energia - od jednego człowieka do drugiego człowieka, żeby Jednia stawała się istotą bytu każdego z osobna i całej społeczności. Tymczasem...

Dawniej było tak: ręce żeńcy przekazywały zboże w ręce wiążącego snopy, następnie w ręce układających snopy na wozy i później w stodołach, wreszcie w ręce młócących cepiarzy, skąd ziarno trafiało w ręce mielących i piekących, aż w postaci chleba, kołacza pojawiało się w rękach tego, kto się nim posilał. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy korowód!

Teraz zaś... Maszyna sieje, maszyna żnie, maszyna suszy, maszyna miele, maszyna miesza, maszyna piecze... a my jak te roboty nie czujemy już ręki przyłożonej do stworzenia chleba naszego powszedniego. Jesteśmy jak trybik w maszynie systemu. Tutaj nie ma przepływu ludzkiej energii! Nie ma przepływu wdzięczności dla przyrody za plon! Nie ma korowodu! Nie czujemy nawet potrzeby wyrażenia naszej wdzięczności w obrzędzie i modlitwie! Wszystko to jest jakieś puste i bez znaczenia.

Mamy nasze więcej. Ale w jakiej jakości?

Na przykład zboże. Dawniej uświęcone, upragnione, zaopiekowane i starannie, z czcią i wdzięcznością zżęte (zdrowe, witalne i - jak byśmy to dziś określili - pełne dobrej energii) zostawało najpierw jeszcze jakiś czas na polu, spokojnie sobie dosychając, następnie w podniosłej atmosferze przewiezione do stodoły dojrzewało sobie dalej w kłosach, dopiero zimą było wymłócone. W ten sposób stawało się strawnym dla człowieka. Dziś mamy naukowców, którzy wykazują, że właśnie taki sposób gwarantuje nam lepszą przyswajalność substancji zawartych w ziarnach, lecz cóż nam po mądrościach naszych naukowców skoro nie mamy dostępu do takiego zboża? Bo dla szybkości i oszczędności dzisiaj na pole wjeżdża wielki wypasiony kombajn, rach-ciach ścina zboże (obficie plonujące, bo naukowcy umieją też "poprawiać" pod tym kątem naturę, jak również zalecają odpowiednie chemiczne świństwa, które są w mocy wytruć całe życie poza jednym wybranym, pożądanym przez rolnika gatunkiem) od razu oddzielając ziarna od "plew", po czym ziarna trafiają do gigantycznych silosów. Ubogie to w wartości i mniej przyswajalne, ale za to przeciętny Kowalski ani palcem nie musi ruszyć. Pójdzie i kupi w hipermarkecie chleb z - jakże by inaczej - "ulepszaczami". Tylko... jak za taki chleb podziękować modlitwą? Na przykład taką, jaką proponuje Žiarislav:

Chwała za dary z czystego zdroju,
chwała istnieniom, dzięki którym przyszły
i temu, kto je przygotował.

Wieczne światło
żywe światem
daruj siłę
rodu żywię
w nocy i we dnie
budź świadomość
ochraniaj duszę
oświecaj ducha
pomóż w mądrości
pomóż w miłości
i w rozumieniu
wszystkich istności.


Równie przykre jak dla środowiska i naszego zdrowia są skutki takiego stanu rzeczy dla naszej rodzimej kultury. Skoro przeciętny Kowalski nie ma styczności z uprawą, a szerzej rzecz ujmując - z przyrodą, kultywowanie dawnych obrzędów zwyczajnie... traci sens! To więc, czego przez 1000 lat nie zniszczyło chrześcijaństwo, w ciągu zaledwie 50-60 niemal doszczętnie zniszczył tak zwany postęp techniczny i technologiczny.

Ale... skoro słowiańska kultura organicznie związana jest z pracą przy uprawie... Kim będziemy, gdy zatracimy jej podstawę?

Ludem bez własnej kultury.

Już niemal całkowicie zniszczyliśmy naszą obrzędowość. Bo zaprawdę - gminne dożynki organizowane przez garstkę ludzi wciąż związanych z ziemią, lecz dzisiaj już raczej przedsiębiorców, producentów produktów... dla całej rzeszy zjadaczy hipermarketowego chleba, chcących co najwyżej od czasu do czasu pobawić się w "folklor", pobawić się w rytmach disco-polo, przegryzając frytkami lub cukrową watą, duchowe znaczenia jednego z najistotniejszych słowiańskich świąt - Dożynek i Plonów jest praktycznie żadne.

Jak wielką, głęboką świadomość mieli ci starsi ludzie, o których pisze Artur Gaweł, którzy w czasach przed II wojną światową nie chcieli zamienić sierpów na kosy! Wiedzieli, że będzie szybciej i efektywniej, i to kilkakrotnie! Nam dzisiaj, w dobie kombajnów, może wydawać się, że to śmiesznie nieznaczna zmiana. A jednak był to przewrót. W tekście pana Gawła czytamy, że doszło do fundamentalnej zmiany, bo zamiany ról męskich i żeńskich. Całkowitej zmiany energetyki!  Teraz dochodzi pogorszenie się jakości zboża na rzecz ilościowej pseudowydajności (pseudo, skoro obniżyła się wartość odżywcza i jego przyswajalność). Żremy za dużo, puchniemy, uczulamy się na gluten, trujemy otoczenie i nie potrafimy już czuć i okazywać wdzięczności. Czy to rzeczywiście jest postęp?

Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz - rolnicy, z którymi rozmawiałam, mający duże gospodarstwa (bo tak zostało pokierowane "rozwojem" naszej wsi, że z małych gospodarstw nie sposób się utrzymać, choć to właśnie one powinny być podstawą dobrobytu kraju), posiadający maszyny i dysponujący najnowocześniejszymi technologiami, skarżą się: "kiedyś każdy sobie pomagał, teraz nie, teraz każdy tylko swojego pilnuje". I oczywiście: "Muszę tyle pracować, że zwyczajnie nie mam czasu dla siebie". Tymczasem wyznacznikiem prawdziwego dobrobytu jest właśnie CZAS. Czy to aby nie o niego chodziło w tej całej gonitwie za postępem? Miało być przecież... szybciej?

Obecny system - kapitalizm - zaszczepia w nas nieustającą chciwość na więcej. Nazywa się to postępem, wzrostem wydajności. Można to realizować, mając za nic drugiego człowieka, za nic przyrodę i Matkę Ziemię, za nic prawa wszechświata. Trzeba wielkiej odwagi, by w takim systemie powiedzieć sobie: Dosyć! Wystarczy! By zobaczyć otoczenie, wyhamować dążenia, ukłonić się Wielkiej Matce, powiedzieć drugiemu człowiekowi: siostro, bracie. Obok wartości materialnych dojrzeć wartości duchowe. Zatańczyć we wspólnym kręgu ze wszelkim istnieniem i poczuć całą głębię bycia we wspólnocie.


Podsumowując: Jeżeli chcemy zachować zdrowie fizyczne, zdrowie duchowe oraz swoją kulturową tożsamość, nie ma wyjścia - trzeba zakasać rękawy, ruszyć tyłek i trochę popracować, "pobrudzić" sobie ręce ziemią. Matką Ziemią.

Byłoby właściwym zachować przynajmniej cząstkę dawnych zwyczajów. Taką "homeopatyczną" cząstkę, ale o potężnej sile. Obok pola uprawianego w sposób nowoczesny, przeznaczyć choć kąsek ziemi pod uprawę ręczną, gdzie będzie się czuło sacrum trudu, starania i wdzięczności, gdzie zachowany będzie bezpośredni kontakt z ziemią, rośliną i ziarnem, gdzie z czcią i obrzędem, rozpoczynając żniwa za pomocą sierpa dokona się Zażynku, na koniec zaś z ostatnich kłosów zaplecie "Przepiórkę" i włoży w nią kawałeczek prawdziwego chleba. Niech chociaż kilka ziaren z takiej ręcznej pracy trafi do silosu pełnego zboża i tam promienieje właściwą energią!

Kopice suszącego się zboża w górach, gdzie wciąż jeszcze niektórzy pracują jak dawniej.


_________________________________________________

Na deser, ale w nawiązaniu do poruszonego tutaj problemu - proponuję wpis znaleziony na blogu Jarka Kefira. Okazuje się, że droga w kierunku wyobrażeniowego raju, w którym wszystko jest dostępne w całej obfitości, gdzie beż żadnego wysiłku wszystko można mieć, to droga ku unicestwieniu!

I o tym wiedzieli już najstarsi Słowianie, którzy wszak od zawsze twierdzili, że...

 BEZ PRACY NIE MA KOŁACZY!


Fragment wpisu ze strony Jarka Kefira:


"Przytoczę przykład szokującego eksperymentu, jaki przeprowadził John Calhoun, o nazwie „mouse utopia„. Był to eksperyment polegający na tym, że myszom laboratoryjnym stworzono odpowiednik ziemskiego raju, z niczym nie ograniczonym dostępem do zasobów. Myszy nie musiały walczyć o przeżycie, nie musiały żyć w znoju i trudzie, jak to w naturze. Miały wszystko zapewnione i to pod dostatkiem. Eksperyment powtarzano kilka razy. Efekt był zawsze taki sam. Nieograniczony dostęp do zasobów i brak zagrożeń, brak tego okrucieństwa znanego z realiów matki natury, powodował straszliwą degenerację a potem całkowite wymarcie populacji.

Eksperyment podzielono na kilka faz:

Faza 1 – Okres przystosowywania się (0-104 dni). Myszy miały problem z przystosowaniem się do siebie. Zaczął się tworzyć podział terytorialny. Nowe myszy zaczęły się rodzić w dniu numer 104.

Faza 2 – Gwałtowny wzrost populacji (105-314 dni). Wykształca się pozycja społeczno-socjalna charakterystyczna dla populacji ludzkich. Większość młodych rodzi się w sektorach gdzie przebywają dominujące samce. I to pomimo tego, że dostęp do zasobów był dla wszystkich nieograniczony. Pod koniec tej fazy było trzy razy więcej samców nie dominujących niż tych przystosowanych.

Faza 3 – Okres równowagi (315-559 dni). U samców zanikają odruchy społeczne i umiejętność obrony terytorium. Samice przejmują część zachowań samców i stają się bardziej agresywne. Niestety, także wobec własnego potomstwa. Szerzy się przemoc, samce przestają zabiegać o samice, zagryzają siebie nawzajem. Pojawia się męski homoseksualizm. U samic rozwija się bezpłodność, organizmy cofają funkcję rozmnażania. Młode które się rodziły, były odrzucane przez matki i nie wytwarzały żadnych zachowań społecznych.

Faza 4 – Okres wymierania (560-1588 dni). Powszechna bezpłodność. Nieliczne młode nie przeżywają. Pojawili się tzw „beatifoul ones„, czyli zniewieściałe samce. Wykazywały się zerową agresją, nie zabiegały o samice, i przesadnie dbały o swoje futerko. Dzisiejszym odpowiednikiem tych zachowań u ludzi z pewnością są hipsterzy, tzw „drwaloseksualni” („lumberseksualni„). Ktoś wmówił mężczyznom z Zachodu, że wygląd Osamy bin Ladena jest cool i ta głupia moda się rozprzestrzenia. Ja tam golę się aż dwa razy dziennie odkąd jest ta moda. Nie chcę wyglądać jak islamista. Ale do rzeczy: przed wymarciem całej cywilizacji myszy doszło do jej straszliwej degeneracji. Osobniki były nieagresywne, niezdolne do rozrodu i wyjątkowo głupie, choć zdrowe.

Powstaje tutaj bardzo ważne pytanie. Jak wiele tych schematów z przedstawionego tu eksperymentu, dotyczy nas, ludzi? Chyba wszyscy zgodzą się co do tego, że ludzka cywilizacja znajduje się w stanie dezorganizacji i rozpadu. Wszystkie spoiwa scalające przez poprzednie tysiąclecia społeczeństwa i narody, teraz są niewydolne. Łańcuchy wzajemnych powiązań osłabły i rozluźniły się."

Matka Ziemia - obraz Jerzego Przybyła


1 komentarz:

  1. https://www.youtube.com/watch?v=CKC5TWUYd4E

    znalazlam piekny wiersz...

    OdpowiedzUsuń